Dzisiejszego dnia mijają równe 2 miesiące jak wyjechałem do wojska. To niesamowite jak
to szybko zleciało. Szczerze to nie wiem czy mam się cieszyć czy smucić, bo jeszcze tyle czasu - 7 miesięcy zasadniczej bądź 2-15 lat służby nadterminowej i zawodowej (ale to na razie tylko plany). Do domu przyjechałem na mały, trzy dniowy urlop, który dostałem za dobre wyniki na testach. Może się wydawać to mało ale przynajmniej można wypocząć w zaciszu domowym, wyspać się albo iść na miasto z kumplami.

Jest to mój pierwszy wyjazd poza jednostkę od przeszło miesiąca. Szczerze? Powinienem być z tego zadowolony, ale jakoś nie umiem tego okazać. Wróciłem do domu, którego nie widziałem miesiąc i nic. Czegoś mi brakuje. Nie wiem, czy to brak tej pobudki o 5.30, czy może brak pasa taktycznego. Jest widoczny niedosyt. Mam wrażenie, że już zaczynam tęsknić za wojskiem. Nie wiem.

Jeżeli wszystko się w czasie zgra, to za miesiąc będę składał papiery na żołnierza służby nadterminowej. Rozpatrzenie trwa mniej więcej od dwóch tygodni do trzech miesięcy, więc będzie dużo czasu na przemyślenia. Gdy zostaną rozpatrzone pozytywnie, dostanę awans na starszego szeregowego i podpiszę kontrakt na co najmniej 2 lata. Otrzymam wtedy wyższe wynagrodzenie, lepsze zakwaterowanie, unormowane godziny pracy i wolne weekendy. Jest więc o co się starać.

Służba zawodowa na razie mnie nie interesuje, ponieważ jest to za szybka decyzja. Z tym nie da się przespać, bo podpisze się raz umowę na 15 lat, dostanie rozkaz wyjechania za granicę na misję a tam kulkę i po sprawie. Na to trzeba się przygotować, psychicznie przede wszystkim. Strzelanie do ludzi z konieczności nie jest takie proste jak się wydaje.

No nareszcie! Po 20to dniowej, krótkiej aczkolwiek ciężkiej służbie, dostałem 6cio dniowy urlop, aby spędzić święta w gronie rodziny. Chociaż wróciłem wczoraj, zmęczenie ciągle odczuwam na mych biednych barkach, ponieważ powrót samochodem zajął mi aż 12 godzin (znacznie dłużej nuż pociągiem) ponieważ pękła rura od chłodnicy... no cóż, zdarza się. Nie będę się za bardzo rozpisywał co było po drodze do domu, bo zajęło by to za dużo czasu... kogo tam interesuje ile krzaczków minąłem po drodze, czy ile widziałem domów... przejdę od razu do rzeczy.

Wojsko, nie jest tam byle szkołą przetrwania czy obozem na który można pojechać i wyjechać kiedy się chce. Z dniem podpisania bileciku wyjeżdżamy na dziewięciomiesięczny okres szkoleniowy, który nie jest dla słabych psychicznie i fizycznie. Z dniem w którym przybyłem do jednostki, od razu dostaliśmy ubrania wojskowe, zdeponowaliśmy telefony komórkowe oraz swoje cywilne rzeczy; podpisaliśmy kilka papierków i staliśmy się oficjalnie Żołnierzami Rzeczypospolitej Polskiej. Wydawało się, że będzie dość normalnie... no właśnie. Następny dzień rozpoczął się jak każdy następny.

Jak to w wojsku, wszystko ma swoją porę. Pobudka jest o godzinie 5.30. Nie było by jej, gdyby nie syreni śpiew służby dyżurnej:

Pobudka, pobudka! Wszyscy zabierają buty z korytarza!
Mamy 15 minut na ubranie się w mundury, umycie, ogolenie i ustawienie się na korytarzu z kubkami i sztućcami, aby o godzinie 5.45 wyruszyć na śniadanie. Godzina 6.00 jemy śniadanie (dokładnie mówiąc kończymy), 6.10 jesteśmy z powrotem w jednostce. Mamy chwilkę wolnego czasu na ubranie chomonta ważącego ~20 kilo, aby o godzinie 6.30 być gotowi na korytarzu i odebrać swoją broń z magazynu broni. Po jej odebraniu wychodzimy z jednostki, ustawiamy się w kolumnie czwórkowej, sprawdzamy wszystko i wychodzimy w teren (poligon, strzelnica, marsz ubezpieczony, okopywanie się, czołganie). Wracamy po ~9 godzinach, rozbieramy się z chomonta, czyścimy mundury, pastujemy buty i znów mamy chwilkę wolnego czasu. o Godzinie 15.30 idziemy na obiad, przy czym w drodze trenujemy (teraz już trenowaliśmy :P ) musztrę. Wracamy o godzinie 16.00, przebieramy się w dresy i idziemy na rozruch fizyczny. Wracamy o 18.00, idziemy na kolację i dzień się kończy. Od 18.30 robimy rejony, załatwiamy swoje sprawy (czyszczenie i pucowanie buciorów), wystawianie ich na korytarz itd. Godzina 21.20 - sprawdzanie rejonów, powrót do pokoi i ponowne wyczekiwanie syreniego śpiewu, który zakończy kolejny ciężki dzień:
Na kompanii capstrzyk! Capstrzyk! Gasną światła na salach!
Z tą chwilą każdy łapie za telefon komórkowy i dzwoni ile dusza zapragnie. Jest też chwilka na poczytanie czegoś, normalnej rozmowy no i oczywiście najważniejszego... odpoczynku, ponieważ następny dzień znów zaczyna się o 5.30 rano. Przez 6 dni w tygodniu każdy ciężko pracuje i trenuje... jak to żołnierz. Jedynym dniem takim na prawdę wolnym jaki mamy jest niedziela, dzień świąteczny. Śpimy do 7.00. idziemy na śniadanie, później do kościółka. Gdzieś się przejdziemy... po prostu wolne.

Z dniem 23 grudnia przyrzekłem, że będę bronił Rzeczypospolitej Polskiej, krwi własnej ani życia nie szczędzić... mam nadzieję. W końcu planuję moją przyszłość z wojskiem, więc jakoś to musi być, prawda? Szczerze to już nawet zaczynam tęsknić za panem Kpr. Szumlańskim, którego to już nie zobaczę bo będę przydzielony teraz do innej kompanii... no ale trudno. Jestem mu wdzięczny tego co mnie nauczył w tak krótkim czasie. Teraz przez pozostałe 235 dni służby mam zamiar trenować, biegać i oczekiwać końca :) Trzeba jakoś wytrwać do końca.

No, i nastał ten wielki dzień. Byłem dziś w Wojskowej Komendzie Uzupełnień aby dowiedzieć się parę ważnych informacji. Oczywiście, już na samym początku zaczęły się problemy, co ze mną jest na porządku dziennym. Dotarłem tam o godzinie 10.50, dostałem ładny, błyszczący zielonkawy identyfikatorek i udałem się do pomieszczenia nr 3. jak to mi miły Pan w okienku kazał zrobić. Kiedy tam wszedłem mym oczom ukazała się pognieciona karteczka na drzwiach, informująca o przerwie do 11.20. No fajnie, na pączka zawsze można mieć czas, ale kiedy ja tam jestem?! Zawsze kiedy ja! A w dodatku czasu dużo nie miałem, bo mama była umówiona w banku i z koleżanką na 12tą.

Niemniej, o 11.20 otwarły się drzwi, pokazała się miła pani a ja wybełkotałem kilka rzeczy, które ona obliczywszy w głowie odpowiedziała, że mam się udać do pokoju nr 1. gdzie to mili, napakowani panowie mi pomogą. Oczywiście tak się nie stało, bo kazali mi iść z powrotem do pokoju 3. a stamtąd udałem się znów do pokoju 25. Kiedy grubszej kości pani z 25. udała się ze mną do pokoju 3. rozpoczęła się sensowna rozmowa bo wreszcie się dowiedzieli, że ja jestem Poborowym, chcącym się dostać do służb Zawodowych, Ochotniczych.

W końcu zaproszono mnie do pokoju 1. gdzie po odpowiedzeniu na kilka pytań (prawo jazdy, języki, wykształcenie, dzieci?) dostałem karteczkę, by napisać oświadczenie. Oczywiście napisałem je jak kura pazurem, z zemsty za to łażenie, a pan Pułkownik podpisawszy i daniu czerwonej pieczątki uznał, że jestem gotowy. Wypełniłem jeszcze kilka ważnych papierków, dostałem kopertę z bilecikiem, uścisnąłem dłoń Pana Starszego Chorążego Sztabowego, podziękowałem i udałem się do wyjścia, gdzie sprawdzając czas okazało się, że spędziłem tam 2,5 godziny, a mama już tańczyła kankana z nudów.

Data wstawienia się w 2 Brygadzie Zmechanizowanych Legionów im. Marszałka Józefa Piłsudskiego została mi wyznaczona na 3go Grudnia. Szczerze, to już się nie mogę doczekać. Po przybyciu mam okazać ważne papiery i zostać przydzielony do Korpusu Szeregowych Zawodowych, gdzie jak wiadomo, mam się brudzić, strzelać, czołgać i nie dać zastrzelić.
Po 3ech miesiącach treningu zostanę oficjalnie przydzielony i zacznę zarabiać mamonę, która oczywiście trafi na konto mojej mamusi... tak, trzeba jakoś jej się odwdzięczyć za te wszystkie lata miłości, troszczenia i zarywanych nocek ;)

Pozostaje mi się teraz tylko spakować i pożegnać, albo gdzieś jeszcze zabalować. Jak wyjadę, świat nie zobaczy mnie przez dobre 4 lub więcej lat, bo na tyle się podpisuje umowę. Tak więc żegnajcie wszyscy, było miło. Czas stać się poważnym.

A! Zapomniałem spakować swojego misia~

Po krótkiej przerwie, która polegała na oglądaniu telewizji i wcinaniu krakersów, udało mi się sportować kolejny themik dla Joggera. Prosty, leciutki i w trzech kolorkach (bądź więcej)... zwie się on Minimal.

Themik, jak juz wcześniej napisałem jest prościutki i leciutki, dzięki czemu bardzo mi się spodobał. Dzięki małemu skrypcikowi JavaScript potrafi zmieniać on kolory, którymi są: niebieski, zielony i czerwony. Oczywiście, jeżeli ktoś chce, może dodać nowe... wystarczy dodać nowy plik css, dodać go w stronach szablonu i gotowe ;) . Autorem themiku jest Dan Nisbet. Szczerze powiedziawszy znalazłem ten themik całkiem przypadkowo chodząc tu i tam, kilka minut roboty i wyszło coś trójkolorowego ;)

Jeżeli ktoś jest nim zainteresowany, potrzebne pliczki znajdzie tutaj, bądź na tej stronie « Nie jest to cały them, ponieważ jest to HTML'owy szkic posiadający jedną stronę oraz kilka css. Jeżeli jednak ktoś lubi się bawić to proszę bardzo.

Komentarze i uwagi mile widziane :P

Nie tak dawno zaoferowałem się, aby pomóc sportować pewien them z Wordpress'a dla Jogger'a. Choć zajęło mi to trzy dni, to przyznaję, że było nawet dość ciekawie. Dziś nowy them o nazwie GrayBox zagościł u Banditto.

Trzy dni, bo tyle aż zajęło mi portowanie tego themiku jak już wcześniej napisałem, były dość ciekawymi dniami. Mógłbym napisać, że babcia mi zachorowała lub czytałem iście ciekawą książkę, ale... było by to kłamstwo. Powodów tego jest kilka, a mianowicie: powracająca siostra z kolonii (aż dwa tygodnie miałem w domu spokój); są wakacje (każdy zasługuje na chwilę wypoczynku); żółw, którego muszę karmić no i najważniejsze... osoba, która poprosiła o pomoc w sportowaniu themiku. Kiedy zacząłem się za niego brać, najpierw popytałem o najważniejsze rzeczy (to chyba podstawa), później już był z górki, bo przepisanie z PHP nie jest takie trudne. Kiedy już skończyłem, co zajęło mi dwa dni (mamy wakacje), i pokazałem jak themik się prezentuje, zostałem pokiereszowany najpotężniejszą bronią, jaką posiada 'klient'. Mnóstwo pytań oraz próśb, którym musiałem stawić czoło, oto owa broń. "Zrobiłbyś tak? A może tak?!", "A umiesz tak? Albo tak?" to pytania, które często przelatywały mi przez oczy, ponieważ sam them to dopiero połowa roboty... Pozostaje jeszcze kwestia grafiki, kolorków oraz innych dodatków, które ów właściciel chciałby posiadać, ponieważ On sam tego nie umie (przecież nie każdy musi umieć, nie winię). Po kilku...set pytaniach i ustaleniach, udało się w końcu uzyskać to, o co prosił Banditto. Jego them został ukończony!

Przyznaję, że kilka razy zaliczyłem 'glebę' na klawiaturę, kilka razy ją chciałem pogryźć i połamać, a jeszcze bardziej chciałem tym rzucić i mieć spokój :P Ja wiem, że nie każdy umie wszystko, przecież nie musi, ale dręczenie innej osoby do tego stopnia, że zaczyna Ci powieka latać i śnią Ci się koszmary to co innego. Mimo wszystko te trzy dni były zabawne i będę je miło wspominał... przecież udało mi się komuś pomóc ;)

Źródła z pliczkami niestety podać nie mogę, ponieważ ustaliłem z Bandittem, że będzie to them tylko dla niego. Taki był plan od początku a więc trzeba się go trzymać do końca... jednakże, jeżeli ktoś jest na niego chętny, prośby niech śle do właściciela, za jego zgodą pliczki mogę wydać ;)